Gratulacje!

…dla mnie :D Właśnie minął rok odkąd obładowana życiowym dobytkiem przekroczyłam szwajcarską granicę z zamiarem zostania tu na dłużej. Przez te 12 miesięcy wydarzyło się sporo rzeczy ciekawych, dobrych, miłych, zaskakujących, rozczarowujących, smutnych, ale.. przetrwałam i jestem z siebie dumna! Z plusów: nauczyłam się (jako tako) nowego języka, zwiedziłam sporą część Szwajcarii (głównie niemieckiej, ale też kanton włoski, który uwielbiam), odkryłam nowe powołanie zawodowe (wino, wino, wino!) i hobby (bieganie), kilka razy przydałam się jako dziennikarz-korespondent, polubiłam gotowanie (!), wyszłam za mąż.. O minusach pisać nie będę ;)

Z okazji rocznicy przygotowałam dla Was subiektywną listę rzeczy, których (być może) nie wiecie o Szwajcarii. Miłej lektury!

1. Na czele jednego z najmniejszych państw w Europie stoi aż siedem osób. Funkcję „prezydenta” Szwajcarii pełni bowiem wybierana przez parlament Rada Federacyjna. To szacowne gremium co roku wskazuje nowego przewodniczącego, który następnie reprezentuje kraj jako oficjalna głowa państwa. W 2015 r. tytuł prezydenta nosi Simonetta Sommaruga.

2. Około jedna czwarta mieszkańców Szwajcarii to obcokrajowcy, co nie licząc Luksemburga, Liechtensteinu czy Monako, stanowi najwyższy odsetek w Europie. Najliczniejsze mniejszości to Włosi, Niemcy i.. Portugalczycy. W Szwajcarii obowiązuje prawo krwi, więc dziecko obcokrajowców urodzone na szwajcarskiej ziemi nie jest automatycznie obywatelem tego kraju. Szwajcarski paszport to marzenie wielu, dlatego trzeba się o niego mocno postarać..

3. Szwajcarskie banknoty mają aż siedem nominałów, z czego największy to 1000CHF, czyli równowartość ok. 4000 zł. Banknot o wyższym nominale istnieje jeszcze tylko w Singapurze i wynosi 10 000 dolarów singapurskich (ok. 7,3 tys. CHF). Na tysiącfrankowy banknot trudno się natknąć, choć w obiegu jest ich aż ponad 38 mln sztuk. Zapewne służy Szwajcarom do przechowywania oszczędności, bo jak na bankową potęgę naród jest tu zaskakująco mocno przywiązany do gotówki. Choć kartą można płacić właściwie wszędzie, każdy szanujący się Szwajcar ma w portfelu trochę papieru. Płatności zbliżeniowe, tak popularne choćby w Polsce, są tu wciąż mało popularną nowinką.

4. Mały kraj może się pochwalić kilkoma dużymi rzeczami. W kościele św. Piotra w Zurychu możemy zobaczyć największą w Europie tarczę kościelnego zegara, w tuż przy granicy z Niemcami, w Schaffhausen, znajduje się największy (jeśli chodzi o przepływ wody, nie wysokość) europejski wodospad. Słyszeliście o Jungfraujoch? To najwyższej położona stacja kolejowa w Europie. Pociąg, który dojeżdża na wysokość 3,5 tys. metrów nad poziomem morza! Takie rzeczy tylko w Helwecji. Choć nie znalazłam statystyk, jestem przekonana, że Szwajcaria zalicza się też do czołówki krajów z największą liczbą miejskich fontann. Nie wyłączają ich nawet zimą.

5. Szwajcaria nie słynie w świecie z wina, a jest wśród liderów w Europie, przynajmniej jeśli chodzi o jego konsumpcję. Przeciętny Meier wypija każdego roku ponad 40 litrów tego trunku, więcej pije się tylko we Francji i Portugalii. Szwajcaria sporo wina też wytwarza, jednak niemal wyłącznie na własne potrzeby. Helweckie wino nie jest popularne poza granicami kraju głównie ze względu na niezbyt atrakcyjny stosunek ceny do jakości. Jedynie 1-2 procent produkcji trafia na eksport.

6. Przepisy drogowe w Szwajcarii są jednymi z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Za przekroczenie prędkości poza miastem o 30 km/h można stracić prawo jazdy na co najmniej 3 miesiące. Kierowca trafia też do rejestru karnego i musi przejść badania psychologiczne. Nie wspominam o karach finansowych, które jak można się łatwo domyślić, zniechęcają do szarżowania na ulicach. Skutecznie. Współczynnik śmiertelności na drogach wyniósł w ubiegłym roku 3,4 (ofiary śmiertelne na 100 tys. mieszkańców). Dla porównania, w Polsce było to 10,9.

7. Podczas gdy kierowcy trzymani są krótko, Szwajcaria jest bardzo liberalna pod innymi względami. Picie alkoholu w miejscach publicznych nie jest nielegalne, a widok pani czy pana popijających piwko na zielonej trawce czy nawet w pociągu to norma. Podobnie jest z paleniem papierosów, co podoba mi się już dużo mniej.. Szwajcarzy, zwłaszcza młodzi, palą jak smoki. W dodatku robią to wszędzie, na przystankach, peronach, przy bankomatach.. i zupełnie nie zwracają uwagi na tych, którym może to przeszkadzać. Być może bezgraniczne przyzwolenie na palenie to efekt skutecznego lobby koncernów tytoniowych, które mają tu swoje siedziby.. W każdym razie: ble ble ble!

8. Oschły i zdystansowany – to stereotyp Szwajcara. Na pewno jest w tym nieco prawdy. Rzadko zdarzają się tu pogawędki w sklepie czy autobusie między obcymi sobie ludźmi. Szwajcarzy, jak przystało na naród neutralny, mają duży szacunek do prywatności. I biada temu, kto próbuje im ją naruszyć ;) Pozytywnie zaskakuje natomiast to, że na przedmieściach i w mniejszych miejscowościach zwykło się pozdrawiać obcych ludzi na ulicy. To takie miłe i zupełnie niepasujące do obrazu zimnego i aroganckiego Helwety.

9. Wynajmowanie mieszkania jest dla Szwajcara tak naturalne, jak dla Polaka jego zakup na kredyt. W wynajmowanych domach mieszka aż 56 proc. populacji. Chodzi głównie o zaporowe ceny nieruchomości, ale też o wysokie podatki, które trzeba płacić mając mieszkanie na własność. Dlatego nawet jeśli kogoś stać na własne M (a takich na pewno jest tu sporo), to często i tak bardziej opłaca się do oporu obciążać nieruchomość hipoteką niż kupić za gotówkę. W każdym razie większość Szwajcarów mieszka w wynajmowanych mieszkaniach przez całe swoje życie i nikomu nie wydaje się to dziwne :)

10. Jeśli już jesteśmy przy mieszkaniu.. to bardzo ciekawą sprawą w Szwajcarii jest system organizacji śmieci. Otóż odpadów nie wyrzuca się tu ot tak do zwykłego worka na śmieci, o nie! Na terenie każdej gminy obowiązują specjalnie oznakowane, jedyne uznawane worki, które można kupić m.in. w urzędzie czy na poczcie. Tylko zapakowane w taki sposób odpady można wrzucić do kontenera, który następnie opróżniają gminne służby. Nie muszę wspominać chyba o segregacji, która jest tutaj święta niczym rodzinne oglądanie telewizji w niedzielny wieczór.

11. Absynt, musli, myszka komputerowa, blender, folia aluminiowa, scyzoryk, obieraczka do ziemniaków, stojąca suszarka do ubrań, magnetofon, bobslej.. Ciekawe o ilu z tych rzeczy wiedzieliście, że zostały wynalezione przez Szwajcarów :)

Zaczytany emigrant

Po kilku miesiącach życia w Szwajcarii zaczęłam łapać się na tym, że dzień zaczynam już nie tylko od przeglądania Facebooka, tvn24.pl i stooq.pl (to ostatnie – pozostałość zawodowej fiksacji). Do listy obowiązkowych zakładek dołączyły anglojęzyczne strony z informacjami ze Szwajcarii, www tutejszych dzienników (które czytam na tyle, na ile pozwalają mi umiejętności językowe) i blogi innych ekspatów. Człowiek w rozkroku pomiędzy dwoma krajami, chcąc być na bieżąco, musi przyzwyczaić się do codziennego pochłaniania informacji z różnych źródeł i w różnych wersjach językowych. Co czytać, żeby nie zwariować? Oto kilka wskazówek:

– niusy po angielsku
Moja ulubiona strona to thelocal.ch. Może nie są najszybsi, jeśli chodzi o bieżące informacje, ale piszą o wielu kwestiach dotyczących obcokrajowców, przywołują statystyki i raporty, nie stroniąc jednocześnie od typowych niusów z kraju, w którym zazwyczaj niewiele się dzieje (np. o znikających kotach http://www.thelocal.ch/20150730/missing-swiss-cats-spark-record-helpline-calls). Plusem jest też przyjazny layout.

Dłuższych, analitycznych tekstów i felietonów (o Szwajcarii i nie tylko) lepiej szukać na swissinfo.ch. Ciekawy portal tworzony przez freelancerów z różnych krajów, dostępny w 10 wersjach językowych. Sporo ekonomii i tekstów społecznych. Tu z kolei nie podoba mi się wygląd strony, która jest przeładowana i nieczytelna (trzeba się przyzwyczaić).

Quality stories znajdziemy też na lenews.ch. Portal koncentruje się na historiach z francuskiej części kraju, ale sporo jest tam analiz ogólnoszwajcarskich. Jak np. ta o zmaganiach z silnym frankiem. http://lenews.ch/2015/07/24/why-switzerlands-economy-is-solid-despite-a-strong-franc/

– niusy po niemiecku
Ponieważ robię co mogę, żeby ćwiczyć niemiecki, staram się czytać też prasę w tym języku (z różnym skutkiem). Początkującym polecam 20min.ch, który można porównać do polskiego Onetu – przystępnie podane historie, od Sasa do lasa, ale jest wszystko co trzeba.

Fani polskiego „SE” mogą zajrzeć na blick.ch. To naczelny szwajcarski tabloid z krzyczącymi tytułami, gdzie obok zdjeć z wypadków i dramatycznych historii azylantów znajdziemy cykl „cycki dnia”. O dziwo czasem pojawiają się tam informacje z Polski.. (tzn. nie akurat w tym cyklu, tylko w serwisie). Plusem jest całkiem niezły dział sportowy.

Zainteresowanych gospodarką odsyłam do handelszeitung.ch. Niestety tylko w niemieckiej wersji językowej..

– strony informacyjne dla ekspatów
Migrant to człowiek, który stale czegoś szuka. I nie chodzi tu tylko o swoje miejsce na ziemi, ale przede wszystkim o informacje dotyczące codziennych spraw. Gdzie się ubezpieczyć, jak założyć konto w banku, jak znaleźć mieszkanie, co załatwić w jakim urzędzie.. Pierwszą pomocą służy internet. Mi przydała się strona helloswitzerland.ch, która jest jednocześnie poradnikiem i miejscem spotkań obcokrajowców mieszkających w Szwajcarii. Sporo praktycznych informacji znajdziemy też na expatica.com/ch i na englishforum.ch.

Poszukujący międzynarodowych znajomości, spotkań i imprez będą zachwyceni rejestrując się na internations.org, meetup.com czy allwecanlearn.com (byłam, polecam).

– blogi
Mam kilka swoich ulubionych, ale wciąż szukam nowych (czekam na sugestie!). Mój numer jeden to Newly Swissed założony przez Dmitrija Burkharda – Szwajcara, który po latach życia w Stanach wrócił do swojego kraju i opisuje go trochę z punktu widzenia ekspata. Podoba mi się jego dystans i otwartość, przede wszystkim jednak z jego postów można się naprawdę dużo dowiedzieć.

Na blog Dmitrija zaglądam regularnie i przyznam, że trudno znaleźć w sieci coś równie dobrego.. Niedawno wpadła mi w ręce (a dokładniej zamówiłam ją na Amazonie za 10,99EUR) książka Chantal Panozzo „Swiss Life: 30 Things I wish I’d Known” – zbiór felietonów Amerykanki z Chicago, która przez prawie dziesięć lat mieszkała w Szwajcarii (kanton Zürich). Książka absolutnie genialna! Polecam ją każdemu, kto przyjechał tu na stałe lub tylko na jakiś czas. Uwielbiam to spojrzenie na szwajcarską kulturę, ironiczny styl (Chantal jest pisarką) i poczucie humoru. Autorka prowadzi też blog One Big Yodel, który również jest świetny. Chantal niedawno wróciła do Stanów i teraz opisuje swój kraj ze szwajcarskiej perspektywy, co też jest bardzo ciekawe.

Z blogów mi znanych jest jeszcze Grüezi Girl, prowadzony przez Amerykankę z Bostonu, która na dobre osiedliła się w Zurychu i opisuje swoje codzienne przygody i podróże.

Mój subiektywny przegląd emigracyjnych lektur ograniczyłam do internetu, ale nie zapominajcie o papierze! Codziennie w Waszych skrzynkach pocztowych lądują bezpłatne gazety z informacjami z regionu. Warto do nich zajrzeć zanim trafią do pojemnika na makulaturę. Ja znalazłam w ten sposób m.in. bezpłatne konwersacje z niemieckiego w miejskiej bibliotece :)

Czytajcie, czytajcie ile się da!

Święto Albana (nie mylić z Doctorem)

Od 1971 r. w ostatni weekend czerwca w Winterthur odbywa się największy festyn miejski w Europie – Albani Fest. Mieszkańcy miasta i okolic wylegają na ulice, żeby pojeść, popić, potańczyć.. A wszystko w imię Świętego Albana z Mainz (pol. Moguncji), który jest patronem miasta. Ten pochodzący z Albanii lub Grecji misjonarz został ok. 406 r. n.e. ścięty przez Wandalów i jak głosi legenda, nósł własną głowę aż do miejsca, gdzie chciał zostać pochowany.. Trudno powiedzieć dlaczego akurat tego męczennika upodobało sobie Winterthur, ale wiadomo, że od 22.06.1264 r., odkąd nadano miastu prawa miejskie, dzień ten obchodzony był jako Albanustag. Dzisiaj trudno się dopatrzyć nawiązań zarówno do postaci Albanusa, jaki i do historii miasta, ale dla Szwajcarów to wciąż coroczne „must be”. Ja odniosłam wrażenie, że impreza przypomina ogromny kościelny festyn, tyle że międzynarodowy i bez religijnych konotacji. Zjadłam wursta, popiłam piwem i wróciłam do domu poczytać o Albanie ;)

Rapperswil i serce Kościuszki

Pewnie mało który Polak wie, że w małym szwajcarskim miasteczku Rapperswil, w XIII-wiecznym zamczysku, od ponad 140 lat działa polskie muzeum. W czasach, kiedy Polski nie było na mapie, pełniło rolę „twierdzy kultury” dla emigrantów – tu gromadzono dzieła sztuki, pamiątki, książki (na przełomie XIX i XX wieku znajdowała się tu największą biblioteka polska na emigracji). W Rapperswil tworzył m.in. Stefan Żeromski, a do 1927 roku w kaplicy w wieży prochowej zamku spoczywało serce Kościuszki, który w Szwajcarii spędził ostatnie lata życia. Muzeum prężnie działa do dziś, choć niedawno Szwajcarzy chcieli wykurzyć z zamku Polaków (zaprotestowaliśmy i póki co jest cisza). Obok zamku atrakcją Rapperswil jest najdłuższy w Szwajcarii drewniany most, którym można przekroczyć kawałek Jeziora Zuryskiego. Szwajcarom miasteczko kojarzy się głównie z cyrkiem – stąd pochodzi narodowy cyrk Knie (dla zainteresowanych jest też Muzeum Cyrku). Rapperswil najładniejsze jest najpewniej wiosną i latem, kiedy kwitną setki odmian róż (róże są nawet w herbie miasta). Jesienią, kiedy kraj oblewa szara zupa, atmosfera jest mocno senna.. ale żeby poczuć słońce i naładować baterie wystarczy wjechać trochę wyżej i.. to właśnie lubię w Szwajcarii! Kiedy już wydaje się, że nie, w tym kraju nie da się żyć, pojawiają się góry i ręcę człowiekowi opadają ;) Enjoy the view!

Miasto Gawła – mnicha z Irlandii

W niedzielę wybraliśmy się do Sankt Gallen. To 70-tysięczne miasto na północno-wschodnim krańcu Szwajcarii, którego historia sięga 612 roku n.e. To wtedy irlandzki mnich Gallus w poszukiwaniu spokoju zatrzymał się właśnie tu i postanowił zbudować pustelnię, która później przekształciła się w opactwo benedyktynów. Dziś kompleks klasztorny to największa atrakcja miasta. Duże wrażenie robi barokowa biblioteka, jedna z najstarszych na świecie. Niestety jej wnętrze jest pilnie strzeżone – można zajrzeć (kosztuje to 12 CHF..), ale fotografować już nie (obrazki – tutaj). Poza spacerem po urokliwej starówce, warto też przejechać się w górę pociągiem linowym i popatrzeć na miasto z góry (przy dobrej pogodzie widać Jezioro Bodeńskie). Z zabytkową architekturą centrum St. Gallen kontrastuje Plac Czerwony (tak, tak właśnie go nazwali), którego budowę sfinansował.. Raiffeisen Bank. Pomijając dość niefortunną nazwę, sam pomysł i wykonanie ciekawe i jeśli banki w taki właśnie sposób mogą wspomóc zagospodarowanie przestrzeni miejskiej, to należy temu tylko przyklasnąć. Na koniec wycieczki krótki postój nad Jeziorem Bodeńskim, skąd widać Santis – najwyższy szczyt w tej części Alp. W powietrzu czuć już zimę..