Mistrzowie dziwnych sportów: rowerosanki

Zima to czas, kiedy każdy szanujący się Szwajcar jedzie w góry i zjeżdża. Na czym tylko się da. Na narty wsadza się małego szkraba tuż po tym, jak zacznie stawiać pierwsze kroki. Nastolatkowie często wybierają snowboard, a na sankach z alpejskich stoków zjeżdżają wszyscy, bez względu na wiek.

Jednak Szwajcarzy nie byliby sobą, gdyby oprócz typowych sportów zimowych, nie wymyślili sobie czegoś jeszcze, czegoś swojego, „tradycyjnie” szwajcarskiego, czego nie robi się w górach w Austrii czy Włoszech. To coś nazywa się velogemel i na pierwszy rzut oka wygląda trochę jak.. konik na biegunach ;)

Velogemel to pojazd, który został wynaleziony na początku XX w. i jest połączeniem roweru z sankami. Drewniane ustrojstwo ma siodełko, kierownicę i płozy. Nie ma za to hamulców, co zważywszy, że zjeżdża się na nim z wysokich na ponad 2 tys. metrów npm szczytów, jest elementem powodującym u zwykłych śmiertelników natychmiastowy skok adrenaliny.

 

 

Początkowo velogemel służył tutejszym góralom do wygodnego poruszania się po śniegu i transportu potrzebnych rzeczy. Dzisiaj nie dość, że Szwajcarzy na velogemel śmigają, aż miło (widziałam na własne oczy, kiedy sama próbowałam nie zabić się na sankach), to jeszcze wybudowali sobie najdłuższy na świecie tor przeznaczony do zjazdów „rowerosankami”. Trasa rozpoczyna się na szczycie leżącego w Alpach Berneńskich Faulhorn (2681 m npm) i kończy ponad 1,6 tys. metrów niżej w Grindelwald. Tor nazywa się Big Pintenfritz i jest najdłuższy w Europie – ma 15 kilometrów. Co roku w tym miejscu odbywają się mistrzostwa świata w zjeździe na velogemel, otwarte dla każdego (wpisowe kosztuje 20 fr.). Zwycięzca tegorocznych zawodów pokonał dwukilometrową trasę w 2 minuty!

Zjazd na velogemel wygląda tak:

 

Dla zainteresowanych: velogemel można kupić tutaj http://www.velogemel.ch/, model dla dorosłej osoby kosztuje 590 fr. Sprzęt można też wypożyczyć, m.in. w sklepie Intersport w Grindelwald. Początkującym przyda się kask i dobre buty śniegowe z bieżnikiem (hamuje się stopami).

Alpy na drugą szwajcarską rocznicę

Tak, właśnie mijają dwa lata, odkąd wyemigrowałam do Szwajcarii. Taka okazja to zwykle czas na pytania: czy to była dobra decyzja, czy to na pewno miejsce dla mnie, czy jest mi tu dobrze.. Tego wciąż nie jestem pewna, ale zawsze kiedy nawiedzają mnie rozmyślania, robię coś, co stało się moim stałym patentem, od kiedy tu jestem. Zatracam się w szwajcarskiej naturze. To zawsze działa. Stwierdzam wtedy, że przecież Szwajcaria jest taaaaka pięknaaa, że wszystko inne przestaje się liczyć.

Na dwurocznicę wybrałam sobie słynny Jungfrauregion, czyli górską mekkę wędrowców, wspinaczy, narciarzy i.. turystów z Azji ;)

Szwajcarskie Alpy są piękne. Szwajcarskie Alpy jesienią są nieprzyzwoicie zachwycające! Postanowiłam się nie oszczędzać i przejść Eiger Trail – trasę trekkingową biegnącą tuż pod cieszącą się złą sławą (zginęło na niej wielu wspinaczy) północną ścianą Eiger (niem. Eigernordwand).

Krótko technicznie, dla tych, których to może zainteresuje – najlepiej dojechać do Grindelwald i stamtąd pociągiem regionalnym do stacji Brandegg albo Alpiglen (ja zaczęłam wędrówkę już w tym pierwszym miejscu, co oznacza dodatkowe ok. 0,5 godz. podejścia). Eiger Trail okazała się nie najłatwiejsza, zwłaszcza, że miejscami pokryta śniegiem i lodem. Dla oszczędzenia sobie wrażeń, lepiej zrobić ją latem, a nie w październiku ;) Przejście zajęło mi ok. 2,5 godz. (licząc bez przerw).  Dotarłam do lodowca Eigergletscher i zeszłam Jungfrau Eiger Trail do stacji Kleine Scheidegg.

Tyle szczegółów. Teraz czas na zdjęcia!! :D

 

Święto wina w Zurychu

Listopad to w całej Europie miesiąc wina. Zbiory zakończone, poprzedni rocznik zabutelkowany, można świętować! A w tym roku naprawdę jest co, bo wszystko wskazuje na to, że za sprawą wybitnie sprzyjającej winorośli pogody, zapisze się on w historii winiarstwa jako jeden z najlepszych. Dlatego nie dziwi, że na targach wina w Zurychu, największej tego typu otwartej imprezie w Szwajcarii, atmosfera była radosna, a goście walili drzwiami i oknami.

Expovina, czyli organizator targów, tradycyjnie umieścił stanowiska prezentujących wino dystrybutorów na przycumowanych do Jeziora Zuryskiego 12 barkach. Pomysł w teorii świetny, bo i woda i góry w tle, i dodatkowa atrakcja dla turystów, w praktyce jednak przemieszczanie się pomiędzy statkami i wewnątrz nich często było katorgą. Zwłaszcza w tygodniu po godz. 17, kiedy pracownicy pobliskich korporacji korzystali z niemal darmowego apero (25CHF za możliwość spróbowania ponad 4 tys. win to jak na zuryskie warunki niemal nic). Dlatego moje pierwsze podejście do Expovina było niezbyt udane..Nie poddałam się jednak i po przestudiowaniu w domu liczącego ponad 270 stron katalogu wystawców, udałam się na barki jeszcze raz, tym razem w ciągu dnia. I było o niebo lepiej :)

Mniej więcej jedna trzecia win, których można jeszcze do dzisiaj do godz. 21 (ostatni dzień imprezy) spróbować w Zurychu, jest oczywiście produkcji szwajcarskiej. Być może trudno w to uwierzyć, ale jeśli chodzi o ilość wypijanego wina na głowę, Helwecja należy do europejskich potęg, więcej spożywa się tylko we Francji i Portugalii. Przy czym, jak przystało na patriotę, Szwajcar chętnie raczy się lokalnymi wyrobami, więc tutejsi winiarze zbytnio nie muszą przejmować się zagraniczną ekspansją. Zagranicę trafia jedynie 1-2 proc. produkcji i nawet sami tutejsi dystrybutorzy przyznają, że jakością i ceną trudno im konkurować z etykietami choćby z Niemiec czy Austrii.

Ja za szwajcarskim winem nie przepadam (albo może jeszcze zbyt dobrze go nie znam), choć zdarzyło mi się wypić kilka dobrych Pinot Noir i Riesling-Silvaner z niemieckiej części kraju. Choć jestem fanką potężnych win z włoskiego Piemontu i Sycylii, to na Expovina szukałam egzotyki :) Mocną reprezentację mieli winiarze z nowego świata, m.in. Australii, Nowej Zelandii i Południowej Afryki. Spotkałam kilka pięknych Sauvignon Blanc i dużo eleganckich Syrah. Gdybyście chcieli popróbować, ciekawe wina ma w swojej ofercie m.in. Zweifel Vinarium z Zurychu, Rutishauser Barossa z Scherzingen, Räber z Küssnacht am Rigi, a z obecnych wszędzie w Szwajcarii dystrybutorów – Mövenpick Wein.

Odkryciem były dla mnie wina z Izraela. Okazuje się, że na wulkanicznych terenach Wzgórz Golan dobrze rośnie (i świetnie smakuje) Cabernet Sauvignon, Syrah i Sauvignon Blanc. Do Szwajcarii importuje je m.in. firma Schmerling.

Cieszyłam się też, że mogłam zapoznać się z winami z Majorki, o których wiedziałam wcześniej niewiele. Z rosnących tam autochtonicznych szczepów Callet i Montenegro powstają wina niełatwe, z mocno wyczuwalnymi taninami, raczej do dobrego steka niż sączenia wieczorem na kanapie. Połączone z Merlotem czy Syrah dają ciekawe, zbalansowane i delikatniejsze smaki. W Zurychu wina z Majorki znajdziecie m.in. w Mavino.

A! No i dzień na Expovina należy koniecznie zacząć od szampana. Ja piłam Bollingera, tego samego, którym raczy się w filmach James Bond ;)

Podsumowując: fajna impreza, choć nieco przytłoczona wystawcami ze Szwajcarii i Włoch. Brakowało mi równowagi w postaci win z mniej znanych części Europy i świata. Kto wie, może wkrótce zagoszczą tu też winiarze z Polski :)

Ładne i drogie, czyli Auto Zürich Car Show

Przedsmak topowej imprezy motoryzacyjnej w Genewie, która odbędzie się w marcu. Nowości, premiery, splendor i błysk! Nie znam się na samochodach, więc nie będę dużo o nich pisać. Wystarczy, że dobrze wyglądają na zdjęciach :) Ponieważ moja ocena ogranicza się do aspektów wizualnych, to mogę tylko stwierdzić, które były ładne ;)

Więc.. najbardziej podobał mi się Jaguar za 300 tys. CHF ;P Ferrari za 2,8 mln euro też niczego sobie. A bliżej ziemi, fajne są nowe Fiaty 500 – zabawne, z otwieranym dachem i stylowym wnętrzem. Dla mnie byłoby to idealne auto miejskie, zwłaszcza w Szwajcarii. Gwóźdź programu to oczywiście nowe Porsche 911! Od kilku osób usłyszałam, że wyglądam w nim dobrze, więc chyba czas odnowić prawo jazdy.. Cekinowy Smart made my day! Największą publiczność zgromadziły auta elektryczne i hybrydowe. Widać, że świat podąża za trendem eko, także w motoryzacji. Atrakcją dla fanów Bonda jest Aston Martin, którym 007 jeździ w nowym filmie „Spectre”.

Oglądanie aut to jedno, ale na wystawie w Zurychu można też skorzystać z jeżdżącego jacuzzi, zrobić manicure w Ladies Lounge, pograć w wyścigi samochodowe, podziwiać recyklingowe rzeźby ze stali, napić się wina.. Dla każdego coś miłego. Auto Show potrwa do niedzieli.

Gratulacje!

…dla mnie :D Właśnie minął rok odkąd obładowana życiowym dobytkiem przekroczyłam szwajcarską granicę z zamiarem zostania tu na dłużej. Przez te 12 miesięcy wydarzyło się sporo rzeczy ciekawych, dobrych, miłych, zaskakujących, rozczarowujących, smutnych, ale.. przetrwałam i jestem z siebie dumna! Z plusów: nauczyłam się (jako tako) nowego języka, zwiedziłam sporą część Szwajcarii (głównie niemieckiej, ale też kanton włoski, który uwielbiam), odkryłam nowe powołanie zawodowe (wino, wino, wino!) i hobby (bieganie), kilka razy przydałam się jako dziennikarz-korespondent, polubiłam gotowanie (!), wyszłam za mąż.. O minusach pisać nie będę ;)

Z okazji rocznicy przygotowałam dla Was subiektywną listę rzeczy, których (być może) nie wiecie o Szwajcarii. Miłej lektury!

1. Na czele jednego z najmniejszych państw w Europie stoi aż siedem osób. Funkcję „prezydenta” Szwajcarii pełni bowiem wybierana przez parlament Rada Federacyjna. To szacowne gremium co roku wskazuje nowego przewodniczącego, który następnie reprezentuje kraj jako oficjalna głowa państwa. W 2015 r. tytuł prezydenta nosi Simonetta Sommaruga.

2. Około jedna czwarta mieszkańców Szwajcarii to obcokrajowcy, co nie licząc Luksemburga, Liechtensteinu czy Monako, stanowi najwyższy odsetek w Europie. Najliczniejsze mniejszości to Włosi, Niemcy i.. Portugalczycy. W Szwajcarii obowiązuje prawo krwi, więc dziecko obcokrajowców urodzone na szwajcarskiej ziemi nie jest automatycznie obywatelem tego kraju. Szwajcarski paszport to marzenie wielu, dlatego trzeba się o niego mocno postarać..

3. Szwajcarskie banknoty mają aż siedem nominałów, z czego największy to 1000CHF, czyli równowartość ok. 4000 zł. Banknot o wyższym nominale istnieje jeszcze tylko w Singapurze i wynosi 10 000 dolarów singapurskich (ok. 7,3 tys. CHF). Na tysiącfrankowy banknot trudno się natknąć, choć w obiegu jest ich aż ponad 38 mln sztuk. Zapewne służy Szwajcarom do przechowywania oszczędności, bo jak na bankową potęgę naród jest tu zaskakująco mocno przywiązany do gotówki. Choć kartą można płacić właściwie wszędzie, każdy szanujący się Szwajcar ma w portfelu trochę papieru. Płatności zbliżeniowe, tak popularne choćby w Polsce, są tu wciąż mało popularną nowinką.

4. Mały kraj może się pochwalić kilkoma dużymi rzeczami. W kościele św. Piotra w Zurychu możemy zobaczyć największą w Europie tarczę kościelnego zegara, w tuż przy granicy z Niemcami, w Schaffhausen, znajduje się największy (jeśli chodzi o przepływ wody, nie wysokość) europejski wodospad. Słyszeliście o Jungfraujoch? To najwyższej położona stacja kolejowa w Europie. Pociąg, który dojeżdża na wysokość 3,5 tys. metrów nad poziomem morza! Takie rzeczy tylko w Helwecji. Choć nie znalazłam statystyk, jestem przekonana, że Szwajcaria zalicza się też do czołówki krajów z największą liczbą miejskich fontann. Nie wyłączają ich nawet zimą.

5. Szwajcaria nie słynie w świecie z wina, a jest wśród liderów w Europie, przynajmniej jeśli chodzi o jego konsumpcję. Przeciętny Meier wypija każdego roku ponad 40 litrów tego trunku, więcej pije się tylko we Francji i Portugalii. Szwajcaria sporo wina też wytwarza, jednak niemal wyłącznie na własne potrzeby. Helweckie wino nie jest popularne poza granicami kraju głównie ze względu na niezbyt atrakcyjny stosunek ceny do jakości. Jedynie 1-2 procent produkcji trafia na eksport.

6. Przepisy drogowe w Szwajcarii są jednymi z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Za przekroczenie prędkości poza miastem o 30 km/h można stracić prawo jazdy na co najmniej 3 miesiące. Kierowca trafia też do rejestru karnego i musi przejść badania psychologiczne. Nie wspominam o karach finansowych, które jak można się łatwo domyślić, zniechęcają do szarżowania na ulicach. Skutecznie. Współczynnik śmiertelności na drogach wyniósł w ubiegłym roku 3,4 (ofiary śmiertelne na 100 tys. mieszkańców). Dla porównania, w Polsce było to 10,9.

7. Podczas gdy kierowcy trzymani są krótko, Szwajcaria jest bardzo liberalna pod innymi względami. Picie alkoholu w miejscach publicznych nie jest nielegalne, a widok pani czy pana popijających piwko na zielonej trawce czy nawet w pociągu to norma. Podobnie jest z paleniem papierosów, co podoba mi się już dużo mniej.. Szwajcarzy, zwłaszcza młodzi, palą jak smoki. W dodatku robią to wszędzie, na przystankach, peronach, przy bankomatach.. i zupełnie nie zwracają uwagi na tych, którym może to przeszkadzać. Być może bezgraniczne przyzwolenie na palenie to efekt skutecznego lobby koncernów tytoniowych, które mają tu swoje siedziby.. W każdym razie: ble ble ble!

8. Oschły i zdystansowany – to stereotyp Szwajcara. Na pewno jest w tym nieco prawdy. Rzadko zdarzają się tu pogawędki w sklepie czy autobusie między obcymi sobie ludźmi. Szwajcarzy, jak przystało na naród neutralny, mają duży szacunek do prywatności. I biada temu, kto próbuje im ją naruszyć ;) Pozytywnie zaskakuje natomiast to, że na przedmieściach i w mniejszych miejscowościach zwykło się pozdrawiać obcych ludzi na ulicy. To takie miłe i zupełnie niepasujące do obrazu zimnego i aroganckiego Helwety.

9. Wynajmowanie mieszkania jest dla Szwajcara tak naturalne, jak dla Polaka jego zakup na kredyt. W wynajmowanych domach mieszka aż 56 proc. populacji. Chodzi głównie o zaporowe ceny nieruchomości, ale też o wysokie podatki, które trzeba płacić mając mieszkanie na własność. Dlatego nawet jeśli kogoś stać na własne M (a takich na pewno jest tu sporo), to często i tak bardziej opłaca się do oporu obciążać nieruchomość hipoteką niż kupić za gotówkę. W każdym razie większość Szwajcarów mieszka w wynajmowanych mieszkaniach przez całe swoje życie i nikomu nie wydaje się to dziwne :)

10. Jeśli już jesteśmy przy mieszkaniu.. to bardzo ciekawą sprawą w Szwajcarii jest system organizacji śmieci. Otóż odpadów nie wyrzuca się tu ot tak do zwykłego worka na śmieci, o nie! Na terenie każdej gminy obowiązują specjalnie oznakowane, jedyne uznawane worki, które można kupić m.in. w urzędzie czy na poczcie. Tylko zapakowane w taki sposób odpady można wrzucić do kontenera, który następnie opróżniają gminne służby. Nie muszę wspominać chyba o segregacji, która jest tutaj święta niczym rodzinne oglądanie telewizji w niedzielny wieczór.

11. Absynt, musli, myszka komputerowa, blender, folia aluminiowa, scyzoryk, obieraczka do ziemniaków, stojąca suszarka do ubrań, magnetofon, bobslej.. Ciekawe o ilu z tych rzeczy wiedzieliście, że zostały wynalezione przez Szwajcarów :)