Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.

Kim jest Gottfried Stutz, czyli jak przeklinać po szwajcarsku

1782550656060035

Fot. watson.ch

Gopferdeckel, Gopfertammi, Gopferdelli, Gopfertoori – rzuci mięsem Hansruedi, kiedy ucieknie mu pociąg albo wbijając gwóźdź w ścianę stuknie się młotkiem w palec. To kilka wariacji na temat ulubionego przekleństwa niemieckojęzycznej Szwajcarii.

Spróbujcie wymówić je głośno – zamieniając G na twarde H, z akcentem na przedostatnią sylabę. Prawda, że słodkie? Brzmienie tych słów to dowód na to, że w szwajcarskich dialektach nawet bluźnierstwa są zbyt zabawne, aby wyrazić nimi prawdziwą złość.

Gopferdeckel i jemu pokrewne to łagodna wersja „Gott verdamme mich”, powszechnego w krajach niemieckojęzycznych przekleństwa, które można przetłumaczyć jako „do diabła”, „niech mnie szlag”, „do cholery” (choć w języku niemieckim brzmi to o wiele bardziej dobitnie, bo oznacza dosłownie, że przeklął nas sam Bóg). Ponieważ Szwajcarzy są ludźmi delikatnymi, cichymi i nieśmiałymi, to stworzyli sobie własną, eufemistyczną wersję i na jej potrzeby powołali do życia niejakiego Gottfrieda Stutza. 

Gottfried (wymawiany Gopfried) to imię, które brzmieniem przypomina wspomniane „Gott verdamme”. Stutz ma natomiast po niemiecku wiele znaczeń, ale chodzi głównie o twarde brzmienie tego słowa, które dodaje Gottfriedowi nieco pikanterii. Całość przypomina imię i nazwisko człowieka, który nigdy nie istniał, ale zapisał się na stałe w językowym krajobrazie Szwajcarii. 

Jako pierwsi określenia Gottfried Stutz jako przekleństwa użyli prawdopodobnie studenci z Bazylei na początku dwudziestego stulecia. Rozpropagował je natomiast słynny szwajcarski śpiewak Polo Hofer w piosence „Kiosk”. Poniżej cover utworu w wykonaniu zespołu Rumpelstilz. 

Modę na Gopferdeckel wznowił niedawno szwajcarski sprinter Alex Wilson. Wywiad, jakiego udzielił po zdobyciu brązowego medalu podczas Lekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Londynie, stał się internetowym hitem.

Choć brzmią niewinnie, pamiętajcie, że wszelkie odmiany Gottfrieda to wciąż przekleństwa, więc raczej nie radzę używać ich w sytuacjach oficjalnych jak rozmowa o pracę czy niedzielny obiad z teściową. Ale jak następnym razem ucieknie Wam autobus, spróbujcie zamiast siarczystych polskich, rzucić Gopferdecklem. Uznanie w oczach Szwajcarów gwarantowane. 

Jeśli mieszkacie w Szwajcarii i przysłuchujecie się czasem lokalnym konwersacjom, słyszeliście pewnie wtrącane na potęgę do codziennego języka (głównie przez młodzież) i używane w różnych konfiguracjach słówko „huere”. Huere guet! Huere schön! Huere Glück! Huere kalt! Tutaj trzeba wyjątkowo uważać, ponieważ huere jest stosowane jako wzmocnienie (uhuere – od niemieckiego ungeheuer – niezwykle), podkreślające coś pozytywnego lub negatywnego, ale ma podobną genezę jak nasze polskie przekleństwo na K.

Podobnie jest z powszechnie używanym w Szwajcarii słowem geil, które przyjęło się używać wymiennie z mega na określenie czegoś ekstra, odlotowego, wyjątkowego. Geil natomiast ma też drugie znaczenie – napalony, lubieżny.

Szwajcarskie dialekty są niezwykle bogate w fantazyjne niekiedy określenia powszechnie uznawane za obraźliwe. Oto krótki słowniczek wybranych obelg, które warto znać, choćby po to, aby wiedzieć, czy ktoś na przypadkiem nie obraża (nie uczcie tego swoich dzieci!):

Chotzbrocke – od słowa kotzen – rzygać -> osoba wstrętna, obrzydliwa, arogancka, nieprzychylna innym

Glünggi -> łajdak, drań

Gorilla blau Arsch – to określenie popularne w latach 90. dzisiaj jest już mocno vintage (dosłownie – goryl z niebieskim tyłkiem)  -> głupia małpa

Gumslä/Tschäddärä/dumme Zwetschge -> niezbyt lotna kobieta (Zwetschge oznacza dosłownie śliwkę)

Lappi -> niezdara, ciamajda

Rätschbäsä – pochodzi od czasownika rätschen (dialekt berneński), czyli skarżyć i rzeczownika Besen – miotła -> donosiciel, skarżypyta

Seifesüder -> zbyt powolny kierowca

Schofseckel/Schoofseggel – dosłownie organ rozrodczy barana -> idiota, kretyn

Truubehüeter – dosłownie uprawiający winorośl -> osoba leniwa, nieprzydatna

Tschumpel/Totsch, ale też Tschooli, Löli, Lappi, Duubel -> głupek, dureń, naiwniak

Tüpflischiiser -> osoba przesadnie dokładna, nadgorliwa, czepiająca się szczegółów

To takie rzeczy dzieją się w Szwajcarii? Słów kilka o bezpieczeństwie

SBB, TRANSPORT, TRANSPORT POLIZEI, TRANSPORTPOLIZEI, SBB TRANSPORTPOLIZEI, POLIZEI, POLIZIST, POLIZISTEN, OEFFENTLICHER VERKEHR, OEV, BAHN, ZUG, ZUEGE, BAHNHOF, BAHNHOEFE, REISEN, BAHNPOLIZEI, BAHNPOLIZIST, BAHNPOLIZISTEN, HUND, HUNDE, POLIZEIHUND, DIENSTH

Przestępczość w Szwajcarii od 2014 roku spadła o prawie 20 procent. Fot. admin.ch 

Wczesne popołudnie. Jadę autobusem nr 2 od siebie z domu do centrum Winterthuru. Mniej więcej w połowie drogi na przystanku wpada kobieta, na oko po czterdziestce, choć widać, że mocno zmęczona życiem. Siada koło mnie i zaczyna się gapić. Nie reaguję, robię coś w telefonie. Nagle kobieta zaczyna krzyczeć, na mnie, po szwajcarsku. Delikatnie zwracam jej uwagę, że nie rozumiem i czy mogłaby przestać. To ją rozsierdza, zaczyna uderzać palcem w mój telefon i krzyczeć głośniej (z tego, co udaje mi się zrozumieć, chyba mnie obraża). Próbuję zachować spokój, choć robi mi się coraz mniej fajnie. Ludzie w autobusie – ukradkowe spojrzenia w naszą stronę, zero reakcji. Kobieta staje się coraz bardziej agresywna, a ja marzę o tym, żeby zniknąć. W końcu pluje mi pod nogi i wybiega na kolejnym przystanku. To był pierwszy i póki co ostatni raz, kiedy w Szwajcarii poczułam się zagrożona.

W ubiegłym tygodniu helweckim społeczeństwem wstrząsnęła szokująca zbrodnia. W Bazylei, w biały dzień, na ulicy 75-letnia Szwajcarka zaatakowała nożem 7-letniego chłopca. Dziecko nie przeżyło, a sprawczyni jest pod obserwacją psychiatryczną. Medialna burza nasiliła się, kiedy ujawniono, że rodzina chłopca to kosowscy Albańczycy. Zbrodnia na tle narodowościowym? Przypadkowa ofiara amoku chorej psychicznie staruszki? Nie nam to osądzać.

Kilka dni temu gazety donosiły o napaści na nastolatka w Schaffhausen. Trzech mężczyzn, grożąc nożem, ograbiło go z telefonu i słuchawek. Tego samego dnia w Zurychu, o 5.30 rano, 47-letni Szwajcar zaatakował przechodniów żelaznym prętem. Na koniec sam, pobity, trafił do szpitala z urazami głowy. Parę dni wcześniej – policja w Rüti pojmała 33-letniego ekshibicjonistę, który nagabywał dzieci pod szkołą.

Wszystkie te sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego, poza tym, że wydarzyły się w Szwajcarii w ciągu ostatniego tygodnia. Oczywiście, przestępstwa jak to w Bazylei nie mają tutaj miejsca codziennie, więc ich naturalną konsekwencją jest ogólnonarodowa dyskusja na temat bezpieczeństwa obywateli. Nad codziennymi napadami, kradzieżami, oszustwami się nie pochylamy. Wracamy z imprezy po nocy, puszczamy dzieci same do szkoły, chodzimy z otwartą torebką i nie przypinamy roweru pod sklepem. Złe rzeczy dzieją się gdzie indziej. Przecież w Szwajcarii jest tak bezpiecznie!

I rzeczywiście tak czuje się w swoim kraju 95 procent Szwajcarów. To niezwykle wysokie poczucie spokoju wynika z zaufania do policji, sądów i armii, a także przekonania, że sprawy w kraju idą w dobrym kierunku, m.in. te związane z przeciwdziałaniem aktom terroryzmu. Podobnie wysoki odsetek helweckich obywateli wierzy w siłę polityki neutralności, utożsamia ją z ideą szwajcarskiego państwa i upatruje w niej źródła stabilności.

Subiektywne poczucie bezpieczeństwa to jedno. Jak wyglądają policyjne statystyki? Według raportu za 2018 rok, w Szwajcarii popełniono ponad 430 tysięcy czynów karalnych, a w porównaniu z 2014 rokiem przestępczość zmniejszyła się aż o 18 procent. Oczywiście, to tylko oficjalne oblicze problemu, ponieważ wiele aktów przemocy, np. domowej nie jest w ogóle zgłaszanych.

Każdego roku w Szwajcarii ma miejsce ok. 50 morderstw, co wydaje się liczbą niewielką, jak na ponad 8 milionowy kraj. Połowa przypadków to zbrodnie, do których dochodzi w domu. Liczba popełnianych aktów przemocy na 1000 mieszkańców pozostaje w Szwajcarii bardzo niska. W 2018 roku w całym kraju 152 razy usiłowano zabójstwa, z czego 22 z użyciem broni. Z przestępstw lżejszego kalibru, spada też liczba kradzieży, od rekordowego 2012 roku aż o połowę. Za to w ostatnim czasie policja notuje duży wzrost wszelkiego rodzaju oszustw. Coraz większym problemem są szantażyści i hakerzy. Spadła natomiast liczba oskarżeń o handel narkotykami, co autorzy raportu tłumaczą legalizacją posiadania niewielkiej ilości marihuany na własny użytek. Z ciekawostek, miastem o najwyższym wskaźniku przestępczości jest Bazylea, a najwięcej rowerów kradnie się w Solothurn.

Piszę o przestępczości w Szwajcarii nie po to, żeby Was straszyć ani uspokajać. Mamy szczęście, bo omijają nas zamachy terrorystyczne, a codzienność upływa w poczuciu względnej pewności, że nam i naszym bliskim nie stanie się nic złego. Co by nie mówić o szwajcarskiej penalizacji metodą kija i marchewki, zgodnie z którą za przekroczenie prędkości na drodze grozi niekiedy wyższa kara niż za molestowanie seksualne, to efekt jest taki, że żyjemy w jednym z najbezpieczniejszych krajów na świecie. Według Global Peace Index, Szwajcarię wyprzedza pod tym względem tylko jedenaście krajów, w tym w Europie Islandia, Dania, Portugalia, Czechy, Irlandia i Słowenia. Szwajcaria została też okrzyknięta najbezpieczniejszym miejscem do życia w ankiecie przeprowadzanej regularnie wśród ekspatów (Expat Insider Survey 2017).

Piszę o tym wszystkim po to, żeby zwrócić uwagę na jedną rzecz. Szwajcaria nie jest mydlaną bańką, w której zamknięci jesteśmy chronieni przed całym brudem tego świata. To, co się stało w Bazylei jest niepojęte, ale nie ma co łapać się za głowę i dziwić, że „takie rzeczy dzieją się w Szwajcarii”. W Szwajcarii, w Polsce, we Francji, w Norwegii, w Nowej Zelandii. Zło dzieje się wszędzie i kraj naszej emigracji – choć bezpieczny na tle świata – nie jest tutaj wyjątkiem. To banał, o którym jednak warto pamiętać, aby nie wpaść w pułapkę złudzeń i uproszczeń. Ja po historii z autobusu nie przestałam korzystać z komunikacji publicznej, ale siadam odtąd na wszelki wypadek nieco bliżej kierowcy.

Najbardziej niebezpieczne miejsce w Szwajcarii

ZWILAG_Wrenlingen1

Magazyn Zwilag na brzegu rzeki Aare. Fot. kernenergie.ch

Nie jest to ani winterthurska dzielnica Hegi, gdzie podobno organizują się terroryści, ani nawet obszar najwyższego zagrożenia lawinowego w gminie St. Stephan w Berneńskim Oberlandzie. Najbardziej niebezpieczne miejsce w Szwajcarii znajduje się w pobliżu niewielkiej, zamieszkałej przez niespełna pięć tysięcy osób miejscowości Würenlingen w kantonie Aargau. To tam, na północno-zachodnich peryferiach, tuż nad rzeką Aaare, w ogromnych betonowych halach składowane są odpady ze wszystkich szwajcarskich elektrowni atomowych, a także napromieniowane pozostałości z sektora medycznego, przemysłowego i powstałe przy badaniach naukowych. Łącznie ponad 3,5 tysiąca metrów sześciennych radioaktywnych śmieci.

W Szwajcarii działa pięć reaktorów jądrowych, odpowiadających za ponad 30 proc. wytwarzanej w całym kraju energii. Produktem ubocznym ich pracy są promieniotwórcze śmieci, z którymi trzeba coś zrobić. Do początku lat 80. XX wieku Szwajcarzy, zresztą nie tylko oni, topili odpady u wybrzeży północnego Atlantyku. Nieładnie. Dopiero na początku lat 90. wpadli na pomysł, żeby z radioaktywnymi przedmiotami i substancjami obchodzić się nieco bardziej odpowiedzialnie. Wtedy powstał projekt stworzenia specjalnego magazynu, gdzie składowane będą odpady pochodzące m.in. z elektrowni.

Budowa Zwilag, bo tak się nazywa to specjalne wysypisko, ruszyła w 1996 roku, kilka lat po tym, jak mieszkańcy Würenlingen większością głosów 214 do 174 zgodzili się na to w przeprowadzonym referendum. Samo postawienie i wyposażenie hal kosztowało 500 mln franków (koszty przechowywania atomowych śmieci są wliczone w rachunek za energię), a pierwszy transport z elektrowni trafił do stacji w połowie 2001 roku. Dlaczego padło akurat na Würenlingen? Ze względów logistycznych. Trzy z pięciu reaktorów znajdują się w niewielkiej odległości od miasteczka. Jak Szwajcarzy przewożą atomowe śmieci? Zazwyczaj pociągiem. Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu poniżej. Terminy i trasy przejazdu niecodziennego załadunku trzymane są w tajemnicy.

teaserbreit.jpg

Radioaktywni pasażerowie. Fot. Greenpeace za 20min.ch

Co się dzieje ze śmieciami, które trafiają do Zwilag? To zależy, czy są wysoce czy nisko radioaktywne. Te pierwsze, np. odpady powstałe w wyniku wypalania paliwa jądrowego, pakuje się już przed ich transportem do wysokich na 6 metrów i ważących ok. 140 ton stalowych pojemników, które są ponoć tak wytrzymałe, że przetrwają nawet trzęsienie ziemi czy uderzenie samolotu. Ani jednego ani drugiego w Szwajcarii nie można wykluczyć. Codziennie ziemia trzęsie się tutaj ok. dwa-trzy razy, z czego rocznie tylko 10-15 takich ruchów jest na tyle silnych, że możemy je poczuć. A katastrofy samolotu? Tak się składa, że ostatnia, w 1970 roku, w której zginęło 47 osób zdarzyła się niedaleko miejsca, gdzie dzisiaj stoi Zwilag. Jeśli więc chodzi o kontenery z atomowymi odpadami, trzeba dmuchać na zimne.

Wbrew pozorom i tytułowi tego tekstu, Zwilag uchodzi za najbezpieczniejszy budynek w całej Szwajcarii. Wszystko przez standardy i procedury, których należy tam przestrzegać, obchodząc się z radioaktywnym załadunkiem. Przykładowo, pojemniki z wysoce promieniotwórczą zawartością, np. z prętami paliwowymi, które trafiają do magazynu w Würenlingen, są tam następnie przepakowywane przez specjalne roboty „z zastosowaniem środków bezpieczeństwa na najwyższym poziomie”, a na koniec umieszczane w pomieszczeniu izolowanym tak, że – jak zapewnia Zwilag – nie są w stanie nikomu i niczemu zaszkodzić. W wysoce wyspecjalizowanym magazynie pracuje niewielu ludzi, bo wszystko co się da jest tam zautomatyzowane.

Część odpadów o niskiej promieniotwórczości (stanowiące ponad 90 proc. wszystkich magazynowanych w Zwilag) po uprzedniej dekontaminacji, czyli odpromieniowaniu, staje się normalnymi śmieciami i podlega recyklingowi. Inne, które nadają się do spalania, wrzucane są w beczce do pieca plazmowego. To najbardziej innowacyjna metoda na świecie, która nie zmniejsza co prawda radioaktywności, ale redukuje objętość, dzięki czemu można odpady potem łatwiej składować. W ubiegłym roku udało się w ten sposób ograniczyć liczbę beczek ze śmieciami z 638 do 155. Jest to bardzo ważne, ponieważ przestrzeń w Zwilag jest ograniczona, a odpadów stale przybywa.

W 2016 roku magazyn składował pochodzące z reaktorów jądrowych resztki o łącznej objętości ponad 2 tys. metrów sześciennych. W najbliższych latach elektrownie atomowe mają być w Szwajcarii stopniowo zamykane. Likwidacja pierwszej z nich, w Mühleberg, ma ruszyć już w tym roku. Szacuje się, że w wyniku rozbiórki wszystkich tych obiektów zostanie ok. 100 tysięcy metrów sześciennych śmieci, co zapełniłoby halę dworca głównego w Zurychu.

03

Beczki z odpadami promieniotwórczymi. Fot. zwilag.ch

Choć nazywany składowiskiem tymczasowym, Zwilag będzie musiał gromadzić odpady z elektrowni jądrowych jeszcze przez dobrych kilka dekad, zanim Szwajcarzy nie znajdą odpowiedniego miejsca i nie wywiercą głębokiego podziemnego wysypiska, gdzie śmieci spoczną na wieczność. Wytypowano już trzy potencjalne lokalizacje – wszystkie w północno-wschodniej części kraju, w kantonach Argau, Zurych i Thurgau, tuż przy granicy z Niemcami.

Zakopywanie emitujących promieniowanie odpadów setki metrów pod powierzchnią ziemi na setki tysięcy lat na pewno nie jest rozwiązaniem idealnym, ale świat do tej pory lepszego nie wymyślił. Zanim doczekamy się podziemnego cmentarzyska atomowego w Szwajcarii minie jeszcze pewnie kilka dekad i odbędzie się co najmniej kilka referendów, ale nawet jeśli ono kiedyś powstanie, to nie znaczy, że Zwilag przestanie istnieć.

Ponieważ atomowe śmieci emitują ciepło (wspomniane pręty paliwowe nawet do 300 stopni Celsjusza), to zanim trafią na cmentarz i tak będą najpierw musiały przez ok. 30-40 lat leżakować w poczekalni. Zwilag uspokaja, że kontenery, w których zamykane są odpady mogą bezpiecznie składować tego typu nieczystości nawet przez sto lat, a ich szczelność jest regularnie kontrolowana.

Jak praca w Zwilagu wygląda od kuchni, możecie zobaczyć na 10-minutowym filmie, dostępnym w języku angielskim, niemieckim albo francuskim.

Zwilag – A look behind the scenes from Zwilag on Vimeo.

Możecie też odwiedzić magazyn w Würenlingen  i na własne oczy zobaczyć te wszystkie przypominające ogromne kanki na mleko pojemniki z niebezpieczną zawartością. Zwilag organizuje zwiedzanie z przewodnikiem dla grup od 8 do 20 osób. Więcej informacji i rezerwacja tutaj: http://www.zwilag.ch.

Na koniec jeszcze jedna rzecz, bo zastanawiacie się pewnie, jak się mieszka koło takiego atomowego wysypiska śmieci? Otóż, na bogato. Gmina Würenlingen za to, że zgodziła się przyjąć na swoje terytorium tak wątpliwą atrakcję otrzymuje od Zwilag rocznie prawie 2 mln franków. Jak widać, nawet strach przed promieniowaniem ma swoją cenę.

Ach, ten romansz!

Autorka (gościnnie): Karolina Duszka, absolwentka filologii szwedzkiej w Poznaniu, kolekcjonerka literatury dla dzieci. Prowadzi bloga https://writingsoul.pl/. Od 2015 roku mieszka w Zurychu.

fullsizeoutput_1348

Napisy w języku retoromańskim na ścianach engadyńskich domów. Fot. Karolina Duszka

Pamiętam lato minionego roku, kiedy udało mi się dotrzeć do Guardy – małej, liczącej ponad sto mieszkańców wioski, położonej w Dolnej Engadynie, w Gryzonii. Siedziałam nieopodal przystanku autobusowego i obserwowałam miejscowych, nie mając żadnych wątpliwości, że doświadczam czegoś niecodziennego. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałam „na własne uszy” język retoromański.

Gryzonia to największy i najbardziej dziki kanton Szwajcarii, graniczący z Włochami, Austrią i Liechtensteinem. Jak w całym kraju, tak i tu wielojęzyczność nikogo nie dziwi: przeciętny mieszkaniec kantonu zna język niemiecki oraz dialekt szwajcarski, do tego jeszcze z pewnością włoski i angielski, być może nawet francuski. Część mieszkańców komunikuje się również w języku retoromańskim, zwanym potocznie językiem romansz. 

W 1938 roku, w wyniku referendum, romansz stał się czwartym oficjalnym językiem Helwetów. Ponieważ na przestrzeni wieków dominował on wśród ludności zamieszkującej południowo-wschodnią część Szwajcarii, uznano możliwość komunikacji w tym języku na poziomie federalnym. Szwajcarzy, wprowadzając romansz jako czwarty język urzędowy kraju, pokazali również siłę jednoczenia się wobec nacjonalistycznych wpływów z Niemiec i Włoch u progu drugiej wojny światowej. 

Romansz zalicza się do grupy języków romańskich i najprawdopodobniej jest pozostałością mowy, którą posługiwali się Retowie – ludy zasiedlające przez kilka stuleci przed naszą erą tereny dzisiejszej Gryzonii. Ze względu na spore odległości, które dzieliły od siebie wioski, w dolinach kantonu wykształciło się pięć odmian tego języka, zwanych idiomami: sursilvan, sutsilvan, surmiran, puter i vallader. Każdy z nich na przestrzeni wieków wykształcił również swój własny język pisany. Dodatkowo w pojedynczych wioskach można doszukać się charakterystycznych dialektów.

Ze względu na silnie zróżnicowaną sytuację językową w Gryzonii, w 1982 roku szwajcarski językoznawca Heinrich Schmid stworzył sztuczny język, tak zwany Romansch Grischun, bazujący na trzech najpopularniejszych idiomach: sursilvan, surmiran i vallader. Język ten jest dziś szczególnie widoczny w mediach. Dialekty zachowały się przede wszystkim w literaturze i w kościelnych nabożeństwach. Romansch Grischun został również wprowadzony do szkół jako język nauczania, jednak fakt ten przez wiele lat wzbudzał wiele kontrowersji. W ostateczności część gmin zdecydowało się zachować możliwość udzielania lekcji w jednym z rodzimych idiomów.

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że romansz jest językiem pełnym paradoksów. Jako czwarty oficjalny język Szwajcarii, w liczbie ludności posługującej się nim plasuje się daleko za językami imigrantów: serbskim, albańskim, hiszpańskim, czy portugalskim. Według danych z 2010 roku jedynie 36 tysięcy ludności podało romansz za swój pierwszy język. Mimo, że jest on jednym z trzech urzędowych języków Gryzonii (obok niemieckiego i włoskiego), to jednak ze świecą można szukać mieszkańca tego kantonu, który komunikowałby się wyłącznie w romansz. A jakby tego było mało, mamy jeszcze przecież Romansch Grischun – sztuczną wersję języka, coś à la gryzońskie esperanto, które mieszkańcy lokalnych wiosek i tak mają w nosie, mówiąc między sobą w rodzimych dialektach.

Choć posługuje się nim jedynie niewielki odsetek ludności, nic nie wskazuje na to, żeby romansz miał zostać zepchnięty z piedestału języka urzędowego Szwajcarii. Wręcz przeciwnie, Helweci poprzez edukację, media i różne organizacje starają się pielęgnować zagrożony wymarciem język. Jedną z głównych instytucji promujących romansz jest Lia Rumantscha, która oferuje kursy językowe w ramach każdego z pięciu idiomów.  

A ja? Mimo, że w międzyczasie zafascynowana językiem, odwiedziłam redakcję lokalnej gazety w miejscowości Scuol i przeprowadziłam ciekawą rozmowę z jedną z dziennikarek piszących w romansz, to jednak nigdy nie zapomnę tego „pierwszego razu” – tam wysoko w Guardzie, małej engandyńskiej wiosce, kiedy po raz pierwszy, zupełnie przypadkowo usłyszałam ten zachomikowany w górzystych wioskach język, w jego czystej, ludzkiej postaci. 

Słowniczek romansz (idiom sursilvan)

Allegra – Dzień dobry
Adia – Do widzenia
Buna notg, dorma bein – Dobranoc, śpij dobrze
Co vai? – So słychać?
Dai a mi! – Daj mi!
Engraziel – Dziękuję
Has capiu mei? – Zrozumiałeś mnie?
Jeu carezel tei – Kocham cię
Tschetschapuorla – Odkurzacz
Tschuntschientschuncontatschun tschancs tschufs – 555 brudnych baranów