Frankowy katzenjammer, czyli krajobraz po bitwie

Kiedy emocje po rynkowym armageddonie już nieco opadły, można na spokojnie zastanowić się, co się wydarzyło w Szwajcarii, kto na tym zyska, a kto straci i jak długo potrwa ta nienormalna (a może właśnie normalna) sytuacja.

Co zrobił SNB?

15 stycznia 2015 r. to data, która zapisze się z pewnością w historii rynków finansowych i będzie omawiana na wykładach z ekonomii. Tego dnia Szwajcarski Bank Narodowy (SNB), jak sam to określił, przestał utrzymywać rynkowy kurs euro przed spadkiem poniżej 1,2 CHF. Żeby zrozumieć co to tak naprawdę znaczy, trzeba cofnąć się do września 2011 r., a nawet jeszcze wcześniej – do wybuchu globalnego kryzysu finansowego, który zaczął się za oceanem, ale miał bolesne konsekwencje również dla Europy. Frank szwajcarski praktycznie od zawsze był dla inwestorów tzw. bezpieczną wyspą, co oznacza, że kiedy gdzieś na świecie działo się źle, rynkowi gracze wyprzedawali wszystko co mieli i kupowali właśnie szwajcarską walutę. Dlaczego? Szwajcaria, jako neutralny politycznie kraj, o stabilnej gospodarce i przewidywalnej (do wczoraj!) polityce banku centralnego była gwarancją finansowej pewności i spokoju. To, co inwestorzy postrzegają za atut, dla Szwajcarów szybko stało się przekleństwem. Mocna waluta to drogie produkty, czyli mniejsza konkurencyjność kraju. A szwajcarska gospodarka, mimo że w wielu obszarach samowystarczalna, jest mocno powiązana handlowo z Unią Europejską. I tu wracamy do SNB, który we wrześniu 2011 r., czyli w momencie apogeum rynkowej paniki (Grecja, Portugalia, Irlandia – kryzys zadłużenia w eurolandzie) powiedział dość umacnianiu się franka i ustalił, że nie chce, aby euro kosztowało mniej niż 1,2 CHF. W praktyce oznaczało to, że musiał kupować na rynku (od banków, funduszy inwestycyjnych itp) euro, aby Szwajcarzy mogli kupować walutę po niemal stałej cenie. Taka sytuacja trwała nieprzerwanie przez trzy lata i prawie cztery miesiące, aż w czwartek SNB powiedział stop i „uwolnił” franka, pozwalając, aby od teraz inwestorzy sami dyktowali kurs waluty we wzajemnych transakcjach.

Dlaczego teraz?

Na to pytanie przekonująco nie potrafił wczoraj odpowiedzieć nikt, nawet sam szef SNB Thomas Jordan, który podjął tę decyzję.. A stare polskie powiedzenie głosi, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zazwyczaj chodzi o kasę ;) Masowe kupowanie obcych walut na rynku zaczęło ostatnio słono SNB kosztować, a ekonomiści od pewnego czasu ostrzegali, że atmosfera na rynkach może być w najbliższych czasie podgrzana, m.in. przez zbliżające się wybory w Grecji i spekulacje o wyjściu tego kraju ze strefy euro. Wszystko wskazywało więc na to, że frank znów będzie ostatnią deską ratunku dla inwestorów, a SNB będzie musiał przeprowadzać kosztowne operacje na rynku, aby go bronić. Być może to dlatego Thomas Jordan na konferencji stwierdził tylko tajemniczo, że był to najlepszy moment na wypuszczenie franka z klatki.

Co się stało z frankiem?

Jak tylko inwestorzy dowiedzieli się, że od teraz SNB nie będzie kupował od nich każdej ilości euro, aby utrzymać kurs franka w ryzach, po prostu rzucili się na szwajcarską walutę. Rynkowe wykresy praktycznie w ciągu sekundy zamieniły się w kardiogram zawałowca, a bankowcy łapali się za głowy, widząc, jak euro nurkuje z 1,2 do 0,8 franka.

Kto się ucieszył?

Powody do zadowolenia mogą mieć przede wszystkim ci, którzy mają franki :) Teraz mogą je z zyskiem wymienić na euro, dolary czy złote. Płakać nie będą ci, którzy zarabiają w Szwajcarii, a wydają np. w Niemczech czy Francji. Ich wypłata jest teraz ok. 20 proc. więcej warta niż przed czwartkiem. Przed szwajcarskimi bankami i kantorami nie bez powodu ustawiają się kolejki, każdy chce wymienić franka na euro i jechać na zakupy za granicę (np. do popularnej wśród mieszkańców niemieckich kantonów Konstancji). Właściciele przygranicznych centrów handlowych w Niemczech już zacierają ręce, bo w nadchodzący weekend spodziewają się prawdziwego szwajcarskiego nalotu. Zastanawiam się też, czy szef SNB mówiąc o dobrym momencie, nie miał przypadkiem na myśli ferii zimowych ;) Dla Szwajcarów, którzy masowo wyjeżdżają na narty do Austrii (bo taniej), tańsze euro jest jak spóźniony prezent gwiazdkowy.

Co można kupić taniej w Szwajcarii?

To, co sprowadzane z zagranicy, czyli przede wszystkim sprzęt elektroniczny. Niektóre sklepy już ruszyły ze specjalnymi ofertami z okazji tańszego euro i dolara, a biorąc pod uwagę jeszcze przypadające na początek roku opróżnianie magazynów ze starszych modeli, to laptopy czy smartfony naprawdę opłaca się tu teraz kupować hurtowo. Niewiadomo, jak będzie z samochodami, które Szwajcarzy importują z Niemiec i innych części Europy, ale można się spodziewać, że ich ceny też nieco spadną.

Kto straci?

W Szwajcarii decyzja SNB zszkowała głównie eksporterów, którzy roliczając się ze swoimi kontrahentami w euro, przez ponad trzy lata nie musieli praktycznie martwić się o ryzyko walutowe. Na pewno mieli już też zaplanowane budżety na ten rok, a tu nagle.. zonk! Nic dziwnego, że emocje buzowały. – To tsunami dla sektora eksportowego – skomentował decyzję SNB Nick Hayek, prezes frmy Swatch. W 2013 r. wartość wysłanych do Unii Europejskiej szwajcarskich towarów sięgnęła prawie 95 bln euro. Helweci sprzedają za granicę głównie wyroby chemiczne i leki, ale też maszyny i pojazdy, jak np. wagony kolejowe, a także instrumenty muzyczne, zegarki czy czekoladę. Nie bez przyczyny w czwartek na giełdzie w Zurychu na łeb na szyję leciały akcje m.in. Swatcha czy Lindta. Bank UBS oszacował, że szwajcarskie firmy eksportowe mogą stracić na umocieniu się franka łącznie nawet 5 mld franków, czyli ok. 0,7 proc. szwajcarskiego PKB. Ucierpi na tym szwajcarska gospodarka. Niektórzy ekonomiści już straszą recesją.. Druga grupa niezadowolonych to oczywiście branża turystyczna. Wakacje w Szwajcarii i tak były już dla Europejczyków nieprzyzwoicie drogie, teraz ceny staną się wręcz zaporowe. Hotelarze i restauratorzy straszą zwolenieniami, które – jeśli rzeczywiście do nich dojdzie – pozbawią pracy nie tylko Szwajcarów, ale też wielu imigrantów. To oznacza, że w wakacje o prace sezonowe może nie być łatwo..

Dlaczego płaczą Polacy?

To, co wydarzyło się w Zurychu, nie bez powodu odbiło się szerokim echem nad Wisłą. Nagle frank szwajcarski, za którego do tej pory Polacy płacili ok. 3,5 zł, poszybował do poziomu ponad 5 zł. Dzisiaj w kantorach kosztuje ok. 4,2-4,3 zł, czyli ponad 20 proc. więcej niż przed decyzją SNB. Polskie rodziny raczej nie spędzają wakacji w Szwajcarii, za to ponad pół miliona z nich kupiło kilka lat temu mieszkanie na kredyt zaciągnięty właśnie w szwajcarskich frankach (wtedy CHF kosztował niewiele ponad 2 zł, żal było nie brać..). I to właśnie ci ludzie byli wczoraj zapewne wielokrotnie bliscy palpitacji serca. Taki kurs franka, jaki widzimy dzisiaj (na rynku po południu prawie 4,4 zł), to dla tzw. „frankowiczów” kilkaset złotych wyższe miesięczne raty kredytu. W skali całej gospodarki oznacza to zadłużenie wyższe o prawie 30 mld zł! Nic dziwnego, że informacje o decyzji SNB były dziś na czołówkach wszystkich gazet w Polsce.. Jak już jesteśmy przy zgrzytaniu zębami to dla tych nieszęśników, którzy mieszkają w Szwajcarii, a muszą teraz wymienić złotówki na franki, polecam zrobić to tu. Dzisiaj szwajcarskie banki sprzedawały franki po 4,13 zł, kursy w polskich kantorach (przynajmniej tych stacjonarnych) były znacznie wyższe.

Czy SNB podjął słuszną decyzję?

Na to pytanie trudno jest odpowiedzieć. Komentarze – i szwajcarskie i polskie – nie pozostawiają na SNB suchej nitki, głównie dlatego, że zrobił to co zrobił bez zapowiedzi. Ja również uważam, że decyzji, która ma tak daleko idące konsekwencje nie można podejmować bez ostrzeżenia. Mamy przykłady największych banków centralnych na świecie, jak amerykańskiego Fed czy Europejskiego Banku Centralnego, które potrafiły miesiącami przygotowywać inwestorów i przedsiębiorców (a przynajmniej się starały) na ważne dla całego świata ruchy. SNB zastosował metodę ostrego cięcia, a rynki nie lubią takich niespodzianek, stąd czwartkowy rozlew krwi. Uwolnienie franka kiedyś musiało mieć miejsce i z wolnorynkowego punktu widzenia była to decyzja słuszna, bo wróciliśmy do normalności. Ten powrót był jednak wyjątkowo bolesny..

Co dalej z frankiem?

Na ten temat debatują teraz mądre głowy na całym świecie. Analitycy sypią prognozami, a „frankowicze” przeliczają raty kredytów przez wszystkie możliwe kursy franka. Jeden znajomy ekonomista powiedział mi kiedyś, że prognozowanie kursów walut jest jak wróżenie z fusów. Czy frank za miesiąc-dwa będzie kosztował 4 czy 5 złotych, trudno powiedzieć, ale póki co raczej nie ma co się spodziewać, że wróci do poziomów z epoki sterowania.. Posiadacze kredytów we frankach będą musieli nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, być może ograniczyć nieco wydatki. Grunt to nie dać się zwariować :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s